sobota, 17 sierpnia 2013

VI. Rutyna

VI. Rutyna

Tak, jak przepowiedziała Shanti, przez okres kolejnych czterdziestu dni, Kelly musiała walczyć z wystawionymi przez 'Niebo dla wyrzutków' przeciwnikami. Zawsze byli zamaskowani, uzbrojeni w kastety lub noże. Ich ilość nigdy nie przekraczała pięciu. Pojawiali się zawsze, gdy byli najmniej spodziewani. Wkrótce, dziewczyna nauczyła się być stale czujna, gotowa do ataku. Po swoim pamiętnym pierwszym dniu jako agentka 'Nieba dla wyrzutków', nigdy już nie wspominała swojej przeszłości. Przez lata spędzone na ulicy i dni, które upływały jej na pokonywaniu kolejnych przeciwników, nauczyła się uciszać myśli, które nie dawały jej żadnego pożytku. Czasem pytała Kima, skąd 'Niebo' bierze tych wszystkich ludzi, którzy są na nią nasyłani. Kim uśmiechał się chytrze i nie odpowiadał. Kelly zatem przestała pytać. Nie było sensu, skoro Azjata i tak nic by nie powiedział. Od ostatniego spotkania z Shanti, nie zobaczyła jej ani razu. Czasem wydawało się jej, że zielonowłosa była jakimś duchem, omamem, wizją z przeszłości, która nie miała pochodzenia, początku, ani końca.
Kelly zaczęła wpadać w rutynę. Przeciwnicy przybywali i znikali, zawsze bez twarzy i tożsamości. Cały świat wydawał się być sennym marzeniem. Koszmarem dwunastoletniej dziewczynki śniącej w gorączce o najgorszej przyszłości, jaka mogłaby czekać ją w jej różowej, plastikowej wyobraźni. Kelly jednak wiedziała, że to, co się dzieje nie jest snem. Jej niewinność, dziewczęcy uśmiech, zostały splamione mrocznym brzemieniem. Splugawione ciało gniło od środka, tak naprawdę już od samego początku. Od kiedy ten mężczyzna przekroczył próg domu, w którym Kelly mieszkała ze swoją matką.
Czerwonowłosa otrząsnęła się z rozmyślań.
Siedziała na tym samym kamieniu, na którym zszywała swą kurtkę czterdzieści dni temu, gdzie wzburzone morze szumiało pod względnie czystym, błękitnym niebem. Silny, wrześniowy wiatr ciął Kelly po twarzy, ale nic sobie z tego nie robiła, wpatrzona w poobdzierane czubki glanów. Na czarnej skórze widniały brunatne ślady z krwi.
 - Trzeba będzie sprawić Ci nowe w najbliższym czasie. - Kelly już parę sekund wcześniej zdała sobie sprawę z obecności Kima. Wiedziała, że Azjata, gdyby chciał, mógłby się zbliżyć do niej tak, że nawet by tego nie zauważyła, więc w głębi duszy była mu wdzięczna. Nie chciała go zabijać, a przypuszczalnie zrobiłaby to, gdyby chłopak ją przestraszył, przemawiając do niej znienacka.
 - Och, cześć Kim. - Rzuciła Kelly, ignorując zdanie, wypowiedziane przez niego wcześniej. Uśmiechnęła się lekko. Zrobiła to automatycznie, jej oczy dalej były zimne jak lód.
 - Witaj. - mruknął ten, siadając na piasku. Zapatrzył się w horyzont, odcinający niebo od wody ciemnoniebieską linią. Fale szarpały głazy wyrzucone na brzeg kamienistej plaży, a piana morska wydzielała ten szczególny, słony zapach, magiczną woń, którą nie sposób było podrobić, i która istniała od zawsze, jak wieczne pociągnięcie pędzla Boga na płótnie Ziemi. Kelly spojrzała zaś na Kima, którego profil odcinał się na tle dalekich klifów obciągniętych pajęczyną jesiennej mgły. Płaskie, zmatowiałe światło poranka wyzwoliło w jego rysach dziwną miękkość, która, siłą rzeczy, powinna zniknąć pod wpływem wydarzeń mających udział w tragicznym życiorysie chłopaka.
 - Nie wpatruj się tak, bo wywiercisz we mnie dziurę. - zaśmiał się Kim, przewróciwszy oczami. Kelly prychnęła.
 - Zastanawiałam się tylko, po co tu przyszedłeś. - Skłamała naprędce. Tak naprawdę, to o niczym nie myślała, a jak już, to na pewno nie o tym. To nie tak, że nie lubiła jego towarzystwa, wręcz przeciwnie. Trudno jej było jednak nawiązać z nim kontakt, nieważne, jak był miły, cierpliwy i otwarty. Wszystko, czego się nauczyła w dzieciństwie na temat nawiązywania znajomości, uleciało pod wpływem życia na ulicy i wyrzeczeń z nim związanych.
 - Jest misja. - odparł cicho Kim, poprawiając brunatną marynarkę wiszącą na jego szczupłych ramionach jak na wieszaku. Kelly zmarszczyła nos.
 - Co ty pieprzysz? - spytała. Azjata zaśmiał się, przeczesując palcami włosy. Dziewczyna pomyślała, że Kim ma nerwicę natręctw. Za każdym razem, gdy na niego patrzyła, jego ręce były czymś zajęte. Drapał się po głowie, przeczesywał włosy, poprawiał ubranie, zbierał kamyki, przebierał palcami po powierzchniach, bębnił nimi w szyby, blaty, czy własne kolano.
 - Misję, Kelly. Minęło czterdzieści dni, od kiedy się tu pojawiłaś. Jesteś pełnoprawnym członkiem 'Nieba'. - wytłumaczył, podczas gdy jego dłoń wykonywała skomplikowany manewr, by złapać lecące piórko mewy. W oddali, więcej tych krzykliwych ptaków wywrzaskiwało swą odę do bezkresnego morza i wolności, wypełniając przestrzeń piskliwymi skrzekami.
 - Muszę kogoś zabić? - zapytała dziewczyna, unosząc brew.
 - Razem musimy.
 - Kogo?
 - Dowiesz się, kiedy wrócisz do siedziby. - Odpowiedział Kim, obracając piórko w dłoniach. Wreszcie, po chwili ciszy, wypuścił je z rąk. Uleciało wraz z wiatrem gdzieś w górę. Azjata przez parę sekund obserwował jego lot, póki nie zniknęło z pola widzenia. - Wróć do pokoju, tam zostaną podane wszystkie informacje.
 - A ty? - spytała Kelly, gdy wstała i spostrzegła, że Kim nie ruszył się z miejsca.
 - Ja tu zostanę. Mam tylko tobie pomagać, więc musisz sama pójść na odprawę.
 - Spoko.- westchnęła Kelly. - Gdzie się spotkamy?
 - Wszystko w swoim czasie, ruda. Wszystko w swoim czasie. - mruknął ten, mrużąc oczy przed wiatrem.
 - Nie cierpię, jak tak mówisz.
 - Wiem. - uśmiechnął się lekko, a potem pożegnał ją ruchem ręki. - Idź już.
 - Yhyy... - odparła Kelly, odwracając się na pięcie.
Nie miała nic do stracenia, a wszystko do wygrania. 

wtorek, 30 lipca 2013

One-part „Prawo do miłości"

Chciałam się pochwalić moim półtorarocznym opowiadaniem, które stworzyłam pod wpływem „Gry Anioła” Carlosa Ruiza Zafóna. W książce tej, główny bohater, David Martin, napisał opowieść o dwóch drewnianych kukiełkach w wędrownym cyrku, zakochanych w sobie, które ożywają na jedną noc, wiedząc, że umrą o świcie. Wydało mi się to cudownym pomysłem, więc zaadoptowałam go, i powstało takie oto coś. Więc mówię - pomysł należy do Carlosa Ruiza Zafóna, lecz tekst jest mój. Zapraszam do czytania.


Prawo do miłości


Delikatna jesteś, niczym róży piękny kwiat,
nam niestraszny będzie przerażający świat,
dłonie nasze owinięte wstęgą miłości,
lecz usta szukające zdradliwie czułości...

 Widzę Twoją uśmiechniętą twarz naprzeciwko mojej. Gdybym tylko mogła płakać, zaraz zatopiłabym nas we łzach. Czemu Ty się nie odzywasz? Patrzysz na mnie, jak na kogoś obcego, ale obdarzasz mnie tym bliskim uśmiechem. Zaraz oszaleję. Chciałabym Ci powiedzieć, że chcę być Twoja, ale nie umiem. Zdrewniałe wargi nie mogą się rozchylić na chociaż kilka milimetrów, żeby wydobyć z siebie jakikolwiek głos. Cyrkowa przyczepa podryguje na wybojach drogi, a my podskakujemy całkowicie zależni od linek przytrzymujących nas do haka wbitego w przeżartą przez korniki ścianę. Nie patrz na mnie, odwróć wzrok... Wiesz przecież, że ani moje życie nie należy do mnie, ani Twoje nie należy do Ciebie. Wszystko należy do ludzi. Nie jesteśmy niczym innym, jak kukiełkami w ich rękach. Czasami mam wrażenie, że ty też myślisz o ucieczce, że słyszysz moje myśli, że także rozpaczliwie chcesz przerwać kajdany przytrzymujące Twoją duszę do tego drewnianego ciałka... ale chwilę potem już zapominam, odczuwam to, jak bardzo jestem samotna. Huk. Patrzę, jak spadasz na ziemię, odczepiony od haka po kolejnym wyboju. Pęknięcie drewna, i Twoja ręka odpada z upiornym trzaskiem. A Ty dalej się uśmiechasz, cały czas patrzysz przed siebie. Tak bardzo chciałabym zapłakać, albo nawet móc się ruszyć, pomóc Ci... Cisza. Wiszące na hakach kukiełki zachybotały się po raz ostatni, a koła zatrzymały się, skrzypiąc przeraźliwie. Słyszę, jak deszcz uderza w dach cyrkowej przyczepy, by po chwili ustąpić miejsca bliskim już pomrukom burzy.
Ciężkie kroki skórzanych butów stukających obcasami o czerwone deski. Widzę ludzkie ręce podnoszące Ciebie, i cichy głos, przeklinający kolejną już zepsutą lalkę. Ale Ty jesteś wyjątkowy. Ciebie nie wyrzuci. Wielka dłoń wyciąga z szuflady tubkę kleju montażowego, a po chwili znów masz swoją rękę. Lecz ślad pozostaje... Właściciel wiesza Ciebie znów naprzeciwko mnie. Czy mi się wydaje, czy Twoje oczy są smutniejsze? Człowiek wychodzi, zatrzaskując za sobą drzwi. I znów te godziny pustki przed porannym występem. Jedyną rzeczą, którą uświadamiała mi upływ czasu, był zegar z kukułką. Patrzyłam w Twoją twarz, a Ty patrzyłeś w moją. Grzmoty powoli ucichły, deszcz przestał siąpić. Cisza. Wydawało mi się, że czuję bicie naszych serc, ale to niemożliwe, przecież jesteśmy z drewna. Ogarnął mnie jeszcze większy smutek. Byłam tak samotna... Wybiła północ. Wraz z ostatnim uderzeniem zegara, z moich suchych, szklanych oczu, zaczęły spadać ciężkie, mokre łzy. Uniosłam jakby zdrętwiałe dłonie, by dotknąć drewnianych powiek.
 - Co...? - wyrwało mi się.
To niemożliwe. Byłam kukiełką. Nie miałam prawa się odezwać, płakać, ani się poruszyć. Coś było nie tak. Usłyszałam jakiś metaliczny stukot. Spojrzałam na Ciebie, a Ty właśnie oswabadzałeś się od haka, na którym byłeś powieszony. Podczas tej pracochłonnej czynności, porwałeś swój przepiękny, czerwony jak krew strój. Trzask. Spadłeś na dół. Mimo, że poruszałeś się jak człowiek, było w Tobie coś, co nie pozwoliłoby wątpić w to, że jesteś lalką. Twoje ruchy były sztywne, drewniane... Kukiełkowe. Stanąłeś niepewnie na blacie stolika i spojrzałeś w górę, w moją stronę. Zauważyłeś łzy na mojej twarzy i także zacząłeś płakać.
 - Ty... ty też...?
 - Tak...
Złapałeś za długi drut leżący na stoliku, po czym ściągnąłeś mnie z haka za jego pomocą. Wierzchem rękawa otarłeś mi łzy.
 - Zamoczysz tą białą suknię... - mruknąłeś. Patrzyliśmy na siebie nienasyceni. Wykonałam jeden sztywny, drewniany krok, by paść w Twoje objęcia.
 - Przez ten cały czas, od kiedy tu się pojawiłam, patrzyłam na Ciebie, kochałam cię... Dalej cię kocham, i będę już kochać zawsze... - wyłkałam Ci do ramienia, jakby w obawie, że gdy spojrzę Ci w oczy, zobaczę w nich chłód.
 - Jak to się stało? - zapytałeś tylko, a ja poczułam na głowie kilka Twoich łez wsiąkających w moje włosy. - Nie powinniśmy byli urodzić się kukiełkami. Byliśmy sobie przeznaczeni... To pomyłka. Powinniśmy być ludźmi... - mówiłeś. Płakaliśmy oboje, przyciskając się do siebie coraz mocniej, jakby chcąc stać się jednością, naprzeciw twardej strukturze naszych ciał.
 - My jesteśmy ludźmi. - szepnęłam Ci do ucha. - Kukiełki przecież nie kochają, prawda? - Patrzyłam w dół, na fałdy materiału, które mieszały się ze sobą. Nasze ubrania były porwane przez linki przymocowane do haków. Nasze drewniane wargi zbliżały się do siebie jakby w tajemniczym porozumieniu, o którym my nie mieliśmy pojęcia. Upiorny zgrzyt ocieranego drewna. Poczułam Twoje usta, twarde jak kamień, Ty czułeś moje. Przymknęłam całkiem sztywne powieki.
 - Jesteśmy martwi. - powiedziałam, nie bardzo wiedząc, do czego zmierzam.
 - Tak twarde i niewzruszone ciała mogą należeć tylko do nieboszczyków. - zgodziłeś się. Uśmiechnąłeś się smutno.
 - Ale skrywają najmiększe i najmilsze dusze...- dodałam, łapiąc cię za rękę. Zginanie twardych, drewnianych palców, sprawiało niemal fizyczny ból. Zegar wybił pierwszą. Drugą ręką zaczęłam wodzić po Twojej szorstkiej twarzy. Twarzy nieboszczyka.
 - Nie należymy do siebie. - powiedziałeś smutno. Pokiwałam głową.
 - Ale dzisiaj należymy.
Z niejakim trudem podążyliśmy do pozytywki, którą później nakręciliśmy. Wydobyła się z niej piękna, delikatna, lecz bardzo melancholijna piosenka. Zaczęliśmy tańczyć. Tańczyliśmy sztywno, jak roboty, okrywając rozczarowanie i rozpacz przygasłymi uśmiechami. Wybiła druga. Nakręcaliśmy pozytywkę raz po raz, nie chcąc, by melodia się skończyła. Tańcząc, patrzyliśmy sobie w oczy, nie mrugając, nie oddychając...
 - Wiesz, że gdy nadejdzie świt, znów będziemy martwymi kukiełkami... - zagadnąłeś, opakowując to straszne zdanie w usłużny uśmiech.
 - Tak. - przytaknęłam, przyspieszając tempo tańca. - Nie sądziłam, że kiedykolwiek znienawidzę brzask. - wyszeptałam, znów roniąc łzy.
 - Płacz. - powiedziałeś. - W końcu już niedługo nie będziemy mogli tego robić.
Szlochałeś ze mną, póki zegar nie wskazał trzeciej, a później czwartej.
 - Wiesz, że też Cię kochałem...? - zapytałeś, przytulając mnie. - Byłem zmuszony patrzeć na Ciebie cały czas, a wiedziałem, że nie mam prawa, że jestem tylko kukiełką.
Uśmiechnęłam się przez łzy. Ty też mnie kochałeś...
 - Czyli to nie sen? - wyjąkałam cicho, przez ściśnięte gardło. Uśmiechnąłeś się, gładząc mnie po głowie.
 - Lalki nie śnią. - odpowiedziałeś łagodnie, lecz smutno.
 - Ale też mają prawo do miłości. - odparłam, przytulając się do Ciebie. Poczułam, że tracę władzę w nogach. Odrętwienie podchodziło do góry, aż wreszcie nie mogłam już się w ogóle poruszyć. Ostatnia łza spłynęła mi po policzku.
 - Ko...cham... Cię... - szepnęłam, coraz bardziej znieruchomiałymi ustami. Ty tylko się uśmiechnąłeś, a potem padliśmy na drewniany blat. Pierwsze promienie słońca, przebijały się przez dziury wydrążone w ścianach przez korniki. Ostatnimi siłami, zamknęłam oczy. Nie mogąc Cię widzieć martwego, zawsze pamiętałam Cię żywego.  Bo lalki też mają prawo do miłości. Nawet jeśli to nieprawda, nic nie szkodzi. W końcu, to tylko bajka.

piątek, 26 lipca 2013

V. Ślady glanów na śniegu

V. Ślady glanów na śniegu

Gdyby nie to, że moja twarz odbijała się w maleńkiej kropli krwi w pląsach spływającej po drżącej dłoni, myślałabym, że już nie istnieję. Grobowa cisza rozbrzmiewała echem rozpaczy w mej duszy, sercu i umyśle, podczas gdy nad głową błyszczały mi miliony srebrnych gwiazd. Przenikliwy wzrok z kropli na moim serdecznym palcu przeszył mnie na wskroś przeraźliwym zimnem. Wiedziałam, że taki potwór jak ja musi mieć właśnie te oczy, lecz było w nich coś obcego. Coś, czego nie widziałam nigdy w lustrze. Wyrok rychłej śmierci. Ciszę naruszył odgłos pękającego naskórka. To moje spierzchnięte wargi rozciągnęły się w uśmiechu, który prawie natychmiast zalał się ciepłą krwią. Cudownie ciepłą.  Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo było mi zimno. Rozległ się cichy, zachrypnięty chichot, który z wolna przerodził się w przerażający śmiech. Mój śmiech. Mimo bólu, który rozsadzał moje pokaleczone usta, śmiałam się. Musiałam wyglądać strasznie leżąc tak na podłodze, blada, drżąca, prawie nie oddychając, a jednak śmiejąc się, jak wychowanka domu wariatów, czy trup, któremu na pięć minut przywrócono życie. Mój chrapliwy oddech i słabe, zwolnione bicie serca przybrały na głośności, gdy wstałam. Z moich ust unosiły się kłęby pary, gdy kuśtykając przemierzałam po raz ostatni te korytarze. Nie miałam prawa dalej tu żyć, i dobrze o tym wiedziałam. Popatrzyłam chwilę na śpiącą spokojnie osobę, którą niegdyś kochałam, a kilka kropli krwi spływającej mi z ust upadło jej na twarz. Na dworze śnieg dawał ukojenie dla płonącej wstęgami bólu skóry.  Spadał z nieba w ten sposób, jaki nie da się porównać z niczym innym, w pląsach wirując między latarniami. Ja, tak znienawidzona po prostu odeszłam, zagłębiając się w czarną otchłań, znikając w oceanie czasu, w nadziei, że jego prądy nigdy nie wyrzucą mnie spowrotem do tego miejsca, w którym tyle wycierpiałam. 

Kelly obudziło ciche westchnięcie. Zerwała się z posłania, po czym rozejrzała się, nie pamiętając, jak znalazła się w przestronnej, ładnie urządzonej sypialni z aneksem kuchennym i biblioteczką pełną książek. W rogu majaczyło pianino, a zaraz obok niego dwójka błyszczących ciemnych oczu. Wątły płomień świecy wyrywał ciemności twarz Kima. Czerwonowłosej wszystko się przypomniało, więc po prostu usiadła i zaczęła wpatrywać się w intruza.
- Nie wiedziałem, że mówisz przez sen. - odezwał się azjata, przeczesując palcami włosy. Kelly uniosła brew.
- A mówię?
- Tak, mówisz. - odparł ten. - "Nie szukaj mnie, i tak nie odnajdziesz śladu glanów na tym skrzącym się śniegu." Powiedziałaś to tak przytomnie, że pomyślałem, iż już się obudziłaś.
Kelly wzruszyła ramionami i wstała, przeciągając się. Czuła na sobie wzrok Kima, ale starała się nic sobie z tego nie robić.
- Fajna akcja z tymi zamaskowanymi napastnikami. Twój pomysł? - zapytała. Koreańczyk zaśmiał się cicho, kręcąc głową.
- Nie, wszyscy muszą przez to przejść.
- Ty też? - Kim milczał, patrząc gdzieś przed siebie i przeczesując włosy.
- W pewnym sensie. - odpowiedział w końcu. Kelly zdecydowała się nie naciskać.
- Shanti mi mówiła, że oprowadzisz mnie po siedzibie. - zagadnęła, po chwili ciszy.
- Nie chce mi się.
- Aha.
I znowu cisza. Kim wpatrywał się w drżące światło świecy. Jakby w roztargnieniu, uniósł rękę, by przeczesać palcami włosy. Kelly zauważyła, że często powtarza ten ruch. Odwróciła od niego wzrok i spojrzała na swoje stopy.
Ślady glanów na śniegu... 
Zmarszczyła brwi. Dawno nie śniła jej się przeszłość. Od pięciu lat w ogóle nic jej się nie śniło. Potrząsnęła głową, jakby chcąc odgonić natrętne myśli, po czym spojrzała na Kima.
- Która godzina?
- Około siódmej wieczorem. - odparł ten, dotykając palcem łzy gorącego wosku spływającej leniwie ze świecy. - A co?
- Pójdę na mały spacer.- powiedziała czerwonowłosa, wyciągając z kieszeni pieniądze, by je przeliczyć. - I zakupy. Muszę kupić igłę i nić, bo te skurwysyny rozdarły mi kurtkę. Poza tym, przydałyby mi się nowe rajstopy, bo te są do niczego. - spojrzała na swoje nogi, obciągnięte czymś, co kiedyś było czarnymi, gładkimi rajstopami, a dziś przypominało raczej siatkę na ryby.
- Po co? Tak ci lepiej. - uśmiechnął się złośliwie zjata.
- Pozwól, że się z tobą nie zgodzę.
Kim westchnął, wzruszywszy ramionami, po czym wstał ze swojego miejsca i podążył do drzwi.
- Będę musiał pójść z tobą i pilnować, żebyś nie uciekła.
- Po co? Nie mam dokąd uciec. - odpowiedziała Kelly, kręcąc głową z rozbawieniem.
- To tak jak każdy z nas. - mruknął melancholijnie Kim, po czym uśmiechnął się promiennie. - Ale sama rozumiesz, rozkazy. Jesteś bardzo cennym nabytkiem. - oblizał wargi, jakby opowiedział znamienity dowcip.
- No dobra. - warknęła Kelly. - Ale trzymaj się w bezpiecznej odległości.Tak, żebym nie wiedziała, że za mną łazisz.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - zamruczał Koreańczyk, ze swoim nieodłącznym, wilczym uśmiechem.
***
Kelly szła obskurną ulicą, ściskając w ręce pakunek z nowymi rajstopami i małym zestawem narzędzi do szycia. Podążała w stronę morza, kierując się ostrym wiatrem i odgłosem szalejących fal. Było dość jasno, w porównaniu z porankiem, a powietrze świeże i wilgotne. Deszcz już nie padał, choć i tak było mokro. Dziewczyna czuła milczącą obecność Kima, ale nie mogła nigdzie go zobaczyć. I dobrze. Nie ufała mu, a poza tym nie lubi, jak ktoś jej się plącze pod nogami. Przeszła przez wąską, piaszczystą dróżkę na brudnych, targanych wichrem wydmach, a potem znalazła się na plaży. Stalowoszare niebo spotykało się z wodą na horyzoncie ciemnym od ołowianych chmur ścigających się na niebiosach. Czerwonowłosa zdjęła kurtkę, odsłaniając chude ramiona, po czym usiadła na jakimś kamieniu, wyjęła igłę i nić, a następnie zajęła się łataniem dziury zrobionej przez zaostrzony kastet dzisiejszego przeciwnika. Dziewczynie wydawało się, jakby to się stało dawno temu. Szycie było czynnością nie wymagającą zbytniego skupienia, więc zatopiła się we wspomnieniach.
Po wyjściu z domu, skierowałam się na plac, skąpany w bladym świetle latarni. Tam, w wirujących płatkach śniegu, stał On. Uśmiechnął się krzywo, widząc, jak stąpam, lekko kuśtykając, a kropla krwi pod moją dolną wargą powoli zamienia się w kawałek lodu. Wypowiedział parę fałszywie słodkich słów, obrzydliwie brzmiących w oparach jego oddechu cuchnącego wątpliwej jakości cygarami. Gwiazdy migotały, chociaż mi wydawało się, że noc jest czarna jak morskie głębiny. Wyciągnął ręce, jak białe płaty mięsa, by wziąć mnie w ramiona. Pamiętam obrzydzenie. Straszliwe obrzydzenie dla niego, i dla tego, co mi zrobił. Ale czułam też radość i zniecierpliwienie. To trwało tylko chwilkę. Odbezpieczyłam dwudziestkę dwójkę, słysząc to słodkie kliknięcie, które wyobrażałam sobie tyle razy w tej sytuacji. "Tylko mnie rusz, a odstrzelę ci jądro, skurwysynu." Jego przerażone spojrzenie, gdy poczuł zimny metal przyciskający się do jego skóry. Mój gorzki uśmiech, bardziej podobny do grymasu. Bo przecież ja już nie potrafię się uśmiechać. Potem ich głosy, jakieś ręce ściskające moje ramiona, jacyś ludzie odciągający mnie od Niego. Krzyczę. Nie chcę, żeby mi uciekł. Strzelam. Kula przeszywa jego serce, wylatuje z drugiej strony, zabierając za sobą kłąb mięsa i krwi. Uśmiecham się, ale drżę, czuję na sobie dłonie. Krzyczę jeszcze raz. Co oni chcą mi zrobić? To policja. Widzę radiowóz. Trzeba to zrobić szybko, zanim będzie ich więcej. Ich również zabijam, z zimną krwią, tak zimną jak śnieg, który wpada mi do oczu. Wiedziałam, że nie mogę już powrócić do domu. Ciała wrzucam do rzeki, płynącej pod mostem nieopodal placu. Krew zabarwiła rdzawo płytki chodnika, rozlewając się po śniegu i po mojej utraconej już niewinności. Jako pieczęć tego naznaczenia, wchodzę jak gdyby nigdy nic do obskórnego sklepu i kupuję czerwoną farbę do włosów. Sprzedawca nic nie powiedział, patrząc na plamy krwi na mojej twarzy i rękach. Uśmiecham się słodko. W jego oczach jest strach. Nie zrobię ci krzywdy. Jestem dwunastoletnią dziewczynką...

wtorek, 9 lipca 2013

IV. Musztra

IV. Musztra

   Deszcz szalał w najlepsze. Wydawało się to być co najmniej dziwne, był bowiem przełom marca i kwietnia. Kim prowadził czerwonowłosą przez ponure uliczki pełne skrzypienia starego drewna i chlupotu brudnej wody w rynnach i kanałach ściekowych. Na ścianach obdrapanych z tynku, wisiały stare, postrzępione plakaty reklamujące cyrkowe występy sprzed pięciu lat. Kelly czujnie zapamiętała drogę, jaką przebyli od Parszywej Promenady. Miała uzasadnione podstawy, by podejrzewać, że ten znów zechce robić sobie z niej żarty. Czuła się dziwnie, podążając za tym li tylko nieznajomym, ale wiedziała, że nic nie ma do stracenia. Miasto, pełne trujących wyziewów i niebezpieczeństw kryjących się w zaułkach było jej domem, którego nie bała się opuścić. Życie na ulicy przeżarło już jej duszę, wysysając z niej słabość i strach, pozostawiwszy po sobie tylko hardość i czujność dzikiego zwierza. 
  Kim zatrzymał się przed dużej wielkości drzwiami z blachy, wymazanymi graffiti, w poszarzałych, mdłych kolorach, jak wszystko wokół. Budynek, do którego należało owe wejście był wielkim, portowym magazynem, wyglądającym na opuszczony, wyposażonym w bezzębny uśmiech w postaci powybijanych okien, pokrytych omszałymi deskami. Azjata odwrócił się w stronę Kelly, która stanęła tuż za nim i zdjął kaptur. 
 - Kelly, witaj w 'Niebie dla wyrzutków'.
  Następnie otworzył drzwi, po czym wpuścił dziewczynę do środka. Wnętrze było zupełnie inne, niż to, którego dziewczyna mogła się spodziewać na logikę. Podłoga pokryta była czarnymi kwadratowymi płytkami, tak czystymi, iż Kelly mogła się w nich przejrzeć. Ściany zaś, wytapetowane w jasnych kolorach zieleni, pokryte były tablicami korkowymi, na których zostały poprzybijane jakieś ogłoszenia. W ciepłej ciemności majaczyło biurko z komputerem, ale przy nim nikogo nie było. Okna, zabite od zewnątrz deskami, zostały zamurowane. Pod ścianami stał rząd lichych krzeseł z ciemnego drewna, a w głębi, Kelly zdążyła dostrzec windę i parę drzwi. Dziewczyna podążyła do przodu, w kierunku windy, brudząc idealnie czystą podłogę ubłoconymi glanami, lecz przystanęła, usłyszawszy nieprzyjemny, skrzypiący odgłos zamykanych drzwi. Zamknęła oczy, po czym ustabilizowała rytm bicia swego serca. Stała tak jeszcze przez parę sekund, póki z ciemności nie wyłoniło się kilka par bladych rąk próbujących powalić ją na ziemię. 
 "Wiedziałam. Mały, podstępny gnój."
  Zrobiła szybki unik w dół, a następnie otworzyła oczy. Trzech zamaskowanych osobników. Jeden to prawdopodobnie kobieta. Najszybciej jak umiała odskoczyła w lewo, gdyż z tyłu najprawdopodobniej był Kim, gotowy również się na nią rzucić. Odwróciła się w tamtą stronę. Azjata zniknął. Kelly chwyciła krzesło, stojące nieopodal, po czym rzuciła nim w napastnika, który był najbliżej. Szybkim dotknięciem dłoni, wyglądającym ledwie na muśnięcie, ten roztrzaskał krzesło. Kelly nie miała więcej czasu niż ułamek sekundy na zdziwienie i zdenerwowanie się poziomem umiejętności jej przeciwników, bo drugi wymierzył silny, lecz powolny cios w jej brzuch. Zrobiła unik, ale pięść odziana w kastet musnęła jej biodro, robiąc dziurę w kurtce Kelly. Trójka przeciwników to było za dużo dla czerwonowłosej. Nie miała czasu na skuteczny atak, cały czas zajęta unikami. Pierwsze uderzenie, które w nią trafiło, pozbawiło ją tchu. Bezwładnie osunęła się na ziemię, ale tym samym dostrzegła szansę. Ignorując rwący ból w brzuchu, szybko wyjęła z kieszeni dwudziestkę dwójkę. Jeden z przeciwników zakrył dłonią wylot lufy.
 - Nie strzelisz. - rzekł ochryple, rozbawionym głosem zdradzającym uśmiech.
Kelly odbezpieczyła broń i strzeliła.
Dłoń oderwana od ciała odskoczyła w fontannie krwi, opryskała nią zarówno dziewczynę jak i zamaskowanego napastnika, który ryknął z wściekłości i bólu. Drugi strzał chybił, ale wywołał wahanie u  pozostałych przeciwników. Kelly tylko na to czekała.
  Skoczyła do przodu, by obróciwszy się w powietrzu, kopnąć zamaskowaną kobietę w twarz. Poprawiła to kilkoma szybkimi ciosami w skroń, tchawicę i brzuch, a potem popchnęła zdezorientowaną przeciwniczkę na drugiego napastnika, by natychmiast, odepchnięta, opadła na kafelki. Mężczyzna uderzył Kelly w twarz, tak że poczuła, jak trzeszczą jej zęby. Uchyliła się od ciosu napływającego z drugiej strony, uderzyła glanem w piszczel napastnika, następnie kolbą pistoletu trzasnęła go w czaszkę, aby wreszcie lewą pięścią, złamać mu nos. Krwawiąc na twarzy i duszy, napastnik upadł.
Wszystko to trwało zaledwie trochę ponad minutę. Dla niewprawnego oka, cała walka była mieszaniną nie za bardzo skoordynowanych ruchów, robionych z szybkością światła. Kelly dyszała ciężko, próbując zetrzeć krew z policzka. Po chwili, wymierzyła pistoletem.
"Lepiej ich dobić."
  Od popełnienia morderstw, powstrzymał dziewczynę pewien dźwięk. Ktoś, ukryty w cieniu bił jej brawo. Kelly zmarszczyła brwi.  Z ciemności wyłoniła się sylwetka barmanki z tawerny, w której czerwonowłosa była jeszcze dwadzieścia minut temu. Dziewczyna poznała ją po długich, pofalowanych włosach w kolorze ciemnej zieleni. Jej oczy śmiały się, widać było drgające w nich iskierki.
 - Świetnie. - powiedziała. - Wspaniale.
 - Kim jesteś? - warknęła Kelly, wycelowawszy w nią z broni.
 - Jestem Shanti. - odparła ta. - To ja zwerbowałam Kima do 'Nieba dla wyrzutków'.
 - Ty ich na mnie nasłałaś? - zapytała czerwonowłosa, gotowa do naciśnięcia spustu i pozbawienia życia swej rozmówczyni.
 - To był test. - Shanti uśmiechnęła się kpiąco. - Odłóż tę pukawkę dziewczyno. Nikt nie zamierza ci tu zrobić krzywdy.
 - A oni?
 - Jacy oni?
Kelly wskazała ruchem głowy na leżących napastników. Jeden z nich wykrwawiał się, ściskając kikut ręki, płacząc w milczeniu łzami tchórzostwa. Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie, mrużąc oczy po kociemu.
 - Oni już nie stanowią zagrożenia. Okazali się bezużyteczni, więc zostaną, póki ktoś tu nie posprząta. Zapraszam za mną.
Odwróciła się i odeszła. Kelly jeszcze przez chwilę zastanawiała się, co robić, a potem, z braku lepszego pomysłu, podążyła za nią.
Shanti, nie odwracając się, zaczęła monolog.
 - 'Niebo dla wyrzutków' okaże się dla ciebie spełnieniem marzeń, jeśli tylko zniesiesz trudy życia jako nasza agentka. Będziesz wyklętą bohaterką, jak wszyscy prawdziwi bohaterowie. Wiem, że cała ta farsa wydaje się ci być podejrzana, lecz wierz mi - tu zamilkła na moment, krótki jak uderzenie serca - wierz, że nic w tym nie ma skomplikowanego. Ty będziesz zabijać, a w zamian otrzymasz życie, ot, cała filozofia. Od dziś, codziennie, przez okres czterdziestu dni, będziesz musiała się zmierzyć z takimi przeciwnikami. Potem, staniesz się bezwzględną maszyną do zabijania. Kim będzie twoim towarzyszem i partnerem w twoich pierwszych akcjach, a także otrzymał polecenie nadzorowania twego treningu.
  Obie kobiety weszły do windy, która po wciśnięciu odpowiedniego przycisku przez Shanti, pojechała w dół. Kelly poważnie skinęła głową, na znak, że zrozumiała. Zielonowłosa uścisnęła jej dłoń.
 - Witaj w drużynie. - powiedziała z uśmiechem.
 - Dzięki. - zdążyła odbąknąć dziewczyna, bo drzwi windy otworzyły się, a Shanti pociągnęła ją do przejścia po lewej stronie korytarza.
Kobiety znalazły się w pokoju o ścianach ciemnego koloru, obitych jedwabiem. Na środku stało duże łóżko na lwich łapach, a wokół było wiele sprzętów codziennego użytku. Obok znajdowały otwarte drzwi do łazienki urządzonej z nie mniejszym przepychem. Wszystko wyglądało na dość drogie, półki z ciemnego, wiśniowego drewna, stare książki, pianino stojące w kącie.
 - To będzie twoja sypialnia. Dziś po południu przyjdzie po ciebie Kim i oprowadzi cię po naszej siedzibie. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracowało. - powiedziała kobieta, po czym uścisnęła jeszcze raz rękę Kelly, i wyszła, zanim ta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.
 Czerwonowłosa usiadła na łóżku, wdychając cudowny zapach świeżo wypranej pościeli. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, co też najlepszego zrobiła. Z oddali słychać było wybuchające pioruny szalejącej na zewnątrz burzy.

poniedziałek, 8 lipca 2013

III. Początek

III. Początek

Kim wprowadził czerwonowłosą do obskurnej tawerny akurat w chwili, gdy sztylety piorunów znów zaczęły przecinać niebiosa. W środku, dym tytoniowy był tak gęsty, że dziewczyna musiała zmrużyć oczy, by cokolwiek zobaczyć. Wnętrze nie było zachęcające. Poobdzierane fotele miały wiele śladów po przypaleniu papierosem, a stara podłoga z dębowych klepek była wyszorowana do ponurej szarości. W ścianach ziały dziury byle jak zaklejone taśmą  bądź zapchane szmatami. Lokal ogarnięty był słabym, mdłym światłem, który sprawiał, że wszystko wydawało się być płaskie, jak z papieru. Z sufitu zwisały gołe żarówki. Kelly zmarszczyła nos, czując kloaczny fetor i spojrzała na Kima spode łba. Ten, tylko wzruszył ramionami i zaczął  kroczyć ku stołkom barowym położonym w głębi. Czerwonowłosa ruszyła za nim. Czuła na sobie przeciągłe spojrzenia postaci siedzących w cieniu i sączących w milczeniu drinki. W zanieczyszczonym powietrzu unosiła się przytłumiona muzyka płynąca ze starego radia. Kim usiadł na jednym ze stołków i skinął na barmankę, której twarz ukrywała się w zmysłowej chmurze szeptu wypływającej leniwie z zapalonego papierosa. Dym był tak gęsty, że Kelly była pewna, iż w środku nie znajdował się jedynie tytoń. Barmanka miała gęste, długie włosy o niespotykanym odcieniu ciemnej zieleni, zapewne farbowanej, a jej brązowe oczy błyszczały poprzez chmurę dymu. Chwilę później przed Kimem i jego towarzyszką pojawiły się dwie szklanki wypełnione ciepławą whisky wątpliwej jakości. Azjata uśmiechnął się do barmanki i zapłacił jej.
 - I co, w jaki sposób zamierzasz mi udowodnić, iż te legendy są prawdziwe? - zapytała Kelly, gdy upiła łyk gorzkiej cieczy.
 - Nijaki. - odparł krótko Kim, odwracając się plecami do baru i lustrując wzrokiem ciemne wnętrze tawerny.
 - Co to znaczy? - warknęła ostrzegawczo czerwonowłosa, wkładając rękę do kieszeni, gotowa wyjąć broń i strzelić azjacie w twarz. Ten roześmiał się ciepło, wypijając część swego napoju.
 - Żart. Naprawdę myślałaś, że demony istnieją? Że Brama Prawdy została otwarta? Brednie. - rzucił nonszalancko.
 - Mówiłeś, że to prawda. - odparła Kelly, niecierpliwiąc się.
 - Mówiłem w swoim życiu dużo rzeczy.
Czerwonowłosa prychnęła, postukując nerwowo glanem o nogę stołka. Nie przywykła do tego, że ktoś robi sobie z niej jaja. Ludzie przeważnie się jej bali. Wykrzywiła usta w grymasie, gdyż zapiekło ją w ustach od złośliwości, jednakże powstrzymała się od wypowiedzenia ich.
 - Powiedz mi zatem, co my tu robimy, Kim? - wypluła pytanie, jakby było obelgą.
 - Pijemy whisky.
 - A poza tym?
Azjata westchnął, kręcąc powoli głową.
 - Kelly, tak się składa, że nie mogę ci nic powiedzieć, ponad to, co mówiłem u ciebie w pensjonacie. Dlatego wymyśliłem tę historię o demonach, abyś nie straciła zainteresowania. Wiem, że jesteś zdolna uciec, a ja otrzymałem jasny rozkaz - przyprowadzić cię do 'Nieba dla wyrzutków'.
Kelly zamilkła, wbijając wzrok w buty i dopijając whisky. Barmanka zabrała pustą szklankę i oddaliła się, by ją umyć. Czerwonowłosa czekała, aż Kim skończy pić swoje. Robił to nieznośnie wolno, jakby napawając się zniecierpliwieniem dziewczyny, która coraz głośniej postukiwała glanem o stołek. Kim, po chwili przesadnego oczekiwania, upił ostatni łyk i odłożył szklankę na kontuar. Bezceremonialnie wstał i odszedł. Kelly jeszcze przez chwilę siedziała w miejscu, ale potem ruszyła za nim i wyszła z lokalu. Na zewnątrz, wiatr  ciął po twarzy szablami mrozu, a krople deszczu spadające z nieba marzły, zamieniając się w drobniutki grad. Niebo pociemniało, jakby zapadł przedwczesny zmrok. Burza szalała, rozbłyskując raz po raz płomieniami błyskawic. Światło wydarło z ciemności wilczy uśmiech Kima, który czekał na Kelly przed drzwiami.
 - Za piętnaście minut będziemy na miejscu. Gotowa? - zapytał, zakładając kaptur.
 - Jak nigdy przedtem. - mruknęła dziewczyna, wciskając ręce głęboko w kieszenie kurtki. W chwilę później puścili się biegiem przez mroczne ulice portowego miasteczka. Tym razem Kelly wiedziała, że nie ma już odwrotu, i czy chce tego, czy nie, teraz nastąpi nowy początek. Nieważne, czy demony, wymyślone przez Kima istnieją, czy nie.